Kto czyta tego bloga regularnie i/lub od dłuższego czasu wie, że fanem Lady Gagi nie jestem. Moje "lubienie" Stefanii Germanotty można porównać do sinusoidy: raz mi jest obojętna, raz ją aż przedawkowuję, a czasem nie przetrawię nawet ulubionej piosenki. Moje oczekiwania wobec nowej płyty nie były wygórowane i nie zmieniły się ani trochę po wydaniu singli. Abstrahując od określeń "płyta dekady/stulecia/tysiąclecia", "to super, ultra, świetna płyta na nowo definiująca pop", czy "to nie jest zwykły pop, to ARTPOP" nie mogę się zbytnio przyczepić do trzeciego studyjnego albumu Lady Gagi. Nie jestem "Little Monster", nie wyczekiwałem tej płyty, nie czekałem na nowe teledyski albo koncerty. Emocje przed premierą? Pffffffffffffffff...........
Tylko pytanie czy słusznie? Mimo wszystko podszedłem bardzo pozytywnie do płyty z tak dziwną okładką zastanawiając się o ile kroków od popu tym razem Gaga się oddaliła.
Tylko pytanie czy słusznie? Mimo wszystko podszedłem bardzo pozytywnie do płyty z tak dziwną okładką zastanawiając się o ile kroków od popu tym razem Gaga się oddaliła.

